poniedziałek, 1 maja 2017

OSCARY 2018 - Licho nie śpi

Orientowanie się w sytuacji geo-politycznej nigdy nie było moją mocną stroną. W zasadzie nie posiadam takiej strony, dlatego nie wiem czy rezygnując z nieuprawianego porannego joggingu na rzecz sporadycznie uprawianego bloggingu, celebruję Święto Pracy czy wstąpienie Polski do Unii Europejskiej. No nie wiem. Ale ufam, że dzielenie się refleksjami dotyczącymi dziewięćdziesiątego rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej - które będzie miało miejsce za dziesięć miesięcy - ma w sobie coś z pracy w wymiarze europejskim. Ba, światowym. 

Temat przyszłorocznych zmagań otwieram kategoriami dotyczącymi wyłącznie panów aktorów. Powód jest zasadniczy - jest ich dużo, a ja jeszcze kilka rzeczy chciałbym dzisiaj zrobić. Oczywiście bez wychodzenia z domu.

No, to przystąpmy do kuli kryształowej...:

BEST LEADING ACTOR

1. Gary Oldman "Darkest Hour" 


Joe Wright ("Pokuta", "Anna Karenina") nakręcił film, którego akcja rozgrywa się na początku II WŚ. Churchill vs. Hitler te sprawy... Churchilla gra Gary Oldman (na zdjęciu powyżej, tak) nienagrodzony Oscarem aktor o dużej renomie, dlatego bez względu na to jak nierównym reżyserem jest Wright, czyni go to liderem tego wyścigu. Mam nadzieję, że tylko na papierze i tylko na ten moment...

2. Daniel Day-Lewis "Untitled Paul Thomas Anderson Project" 


O drugim wspólnym projekcie Paula Thomasa Andersona i Daniela Day-Lewisa nadal nie wiadomo za wiele. Akcja rozgrywa się w Londynie lat 50-tych ubiegłego wieku. W środowisku modowym. Day-Lewis zajmuje się projektowaniem odzień dla rodziny królewskiej. Film nie ma jeszcze tytułu. Nie jest on jednak potrzebny, aby założyć, że Day-Lewis będzie mocnym kandydatem do pobicia kolejnego oscarowego rekordu - zostania pierwszym aktorem płci męskiej, który zdobędzie 4 Oscary za role. Panowie mają już historię owocnej współpracy - 10 lat temu, za ich wspólny film "Aż poleje się krew" Day-Lewis odebrał drugiego Oscara w karierze. Na marginesie dodam, że była to jedna z najwybitniejszych kreacji w dziejach kina.

3. Matt Damon "Downsizing"


Przez cały zeszłoroczny sezon nagród Matt Damon oklaskiwał Casey'a Afflecka, który zagrał w wyprodukowanym przez niego "Manchester by the sea". Klaskał kumplowi, który zagrał rolę, z której sam zrezygnował! A ja zastanawiałem się, czy Damon  gdzieś tam głęboko nie myśli sobie "A ja za rok powiem...". No bo przecież wie, że skoro zagrał główną rolę u jednego z ukochanych reżyserów Akademii, i że skoro premierę mają przed Gwiazdką, to będzie walczył o Oscara. Potencjał jest - trzech aktorów z filmów Payne'a nominowanych było w głównej kategorii, sam Damon ma na koncie trzy aktorskie nominacje - poniekąd zasłużył sobie. Jeśli będzie petarda, to kto wie...

4. Hugh Jackman "The Greatest Showman" 


Casus Aktora nagrodzonego Złotym Globem za Musical/Komedię. Czyli nominacja z powodu składowych. 1. Jackman ma za sobą kasowy sukces "Logana" - filmu, za który nie można dostać Oscara, ale dobra prasa jest. 2. Przy rozdawaniu Złotych Globów Jackman prawdopodobnie nie będzie miał silnego konkurenta w swojej kategorii, co sprawi, że wygra i będzie mógł się pokazać-podziękować (co można potraktować jako casting na laureata Oscara). Tym samym dostanie na tyle silnego promocyjnego kopa, że wypchnie jakiegoś dramatycznego aktora i w ramach różnorodności w kategorii, wywalczy swoją drugą nominację do Oscara. A jeśli to kogokolwiek obchodzi, to Jackman gra P.T. Barnuma - amerykańskiego przedsiębiorcę, który w XIX w. zrewolucjonizował przemysł rozrywkowy. 

5. Idris Elba "The Mountain Between Us"/ Joaquin Phoenix "You Were Never Really Here"

 

Piąte okienko dedykuję pozycjonowaniu. Otóż niektórzy aktorzy nie ułatwiają - grają więcej jak jedną ważną rolę w sezonie i nie do końca wiadomo, na którą z nich położą promocyjny nacisk i w jakiej kategorii.
Idris Elba przeszedł do historii, jako pierwszy aktor, który zdobył nagrodę Stowarzyszenia Amerykańskich Aktorów, ale NIE dostał za nią nominacji do Oscara. To oznacza duuuży dług Akademii. Po drugie - w zestawieniu nie mamy jeszcze aktora rasy innej jak kaukaska (co z tego, że Elba jest Brytyjczykiem...). Po trzecie - film opowiada o dwójce rozbitków z katastrofy lotniczej, którzy muszą przetrwać w zaśnieżonych górach. Partneruje mu Kate Winslet. Nie, cofam to, fabuła może nie mieć najmniejszego znaczenia...

O nominację walczy również Joaquin Phoenix. Ponieważ jest aktorem tej klasy, że o każdej jego roli mówi się w kontekście ewentualnych nagród, a Oscara - jeszcze - nie ma. Na ile jego pierwsza tegoroczna premiera, w której gra weterana wojennego próbującego wyciągnąć młodą dziewczynę z ciemnego burdel-biznesu, okaże się szansą na statuetkę, dowiemy się w przeciągu miesiąca, ponieważ najnowszy film wspaniałej Lynne Ramsey jest w głównym konkursie w Cannes.

________________________________________

Sześć nazwisk za nami, a lista pretendentów się nie kończy.

Jake Gyllenhaal usiadł na wózku inwalidzkim, aby zagrać ofiarę zamachu bombowego w czasie Bostońskiego Maratonu w 2013 roku (na faktach autentycznych, ale bomby w filmie były nieprawdziwe). Premiera "Stronger"w końcu września. Jakaś szansa jest...


Kreskę chciałoby się postawić na Tomie Hanksie, któremu przez ostatnich szesnaście lat nie udało się przebić i wywalczyć szóstej nominacji. Coś mnie jednak ta pokusa drażni, jakby chciała czujność uśpić. W tym roku Hanks gra dziennikarza Washington Post, który prowadzi wojnę z rządem w sprawie ujawnienia dokumentów Pentagonu. Reżyseruje Steven Spielberg, a partneruje mu Meryl jakaśtam Streep. No i jak mu odpuścić szanse w wyścigu???


Prędzej odpuszczę Armie Hammer'owi, który zagrał w cacku z Sundance - "Call me by your name". Filmu w reżyserii Guadagnino nie mogę się doczekać, ale wątpię żeby historia wakacyjnego romansu pomiędzy studentem a synem profesora, który zaprosił bohatera na wakacje do swojego domu we Włoszech, zrobiła furorę w czasie sezonu nagród. Wierzę za to, że może się przyczynić do wzrostu popytu na brzoskwinie i rozpropagować ciekawą erotyczną grę.


Dziesiątym i - póki co ostatnim w tej kategorii - nazwiskiem będzie Carell. Nominowany wcześniej za rolę schizofrenicznego mordercy milionera w "Foxcatcher", zawalczy w tym roku o drugą nominację. Razem z nagrodzoną w tym roku Emmą Stone grają u reżyserów "Little Miss Sunshine". Tegoroczny "Battle of sexes" opowiada historię tenisowego pojedynku jaki rozegrał się w 1973 pomiędzy liderką rankingu Billie Jean King a eks-Mistrzem i kobieciarzem Bobbym Riggsem. Niewykluczone, że Carell'owi opłaci się bardziej zawalczyć w kategorii drugoplanowej.

a skoro o niej mowa...

BEST ACTOR IN A SUPPORTING ROLE
bez obrazków, bo filmy w powijakach...

1. Idris Elba "Molly’s Game" 
Z powodów, o których wspomniałem wyżej Idris Elba plasuje się u mnie na szczycie zestawienia. Jego druga tegoroczna premiera to opowieść na faktach przedstawiająca kulisy przekrętów w rozgrywkach pokerowych. Główną rolę gra Jessica Chastain, a jako reżyser debiutuje uznany scenarzysta Aaron Sorkin ("the Social Network", "Steve Jobs"). Aktorzy z filmów Sorkina od lat walczą o najważniejsze nagrody. Chastain może mieć za dużą konkurencję, Elba może wygrać ten mecz.

2. Ed Harris "Mother!"

Role w filmach Darrena Aronofsky'ego dużo większe uznanie przynosiły aktorkom (Ellen Burstyn nominacja, Natalie Portman Oscar) niż aktorom (zero), ale zaryzykuję, że wybitny aktor Ed Harris może zmienić ten stan rzeczy. W kameralnym thrillero-dramacie zagra z Jennifer Lawrence i Michelle Pfeiffer. Będzie na kogo patrzeć. Ale jak na razie zdjęcia nie mam...

3. Alec Baldwin "Downsizing"

Nie mam pojęcia kogo i co gra Alec Baldwin w "Downsizing", ale mam poczucie, że szansy na docenienie aktora, którego największą rolą ostatnich miesięcy jest parodiowanie Donalda Trumpa w najpopularniejszym amerykańskim programie rozrywkowym, Akademia sobie nie odmówi.
Znowu fotek nie mam...

4. Jason Mitchell "Mudbound" 

A teraz pora na brutalną szczerość. "Mudbound" to opowieść o dwóch weteranach II WŚ, którzy wracają na farmę w Mississippi i zmagają się z... rasizmem. Film odniósł sukces na Sundance i jest tegorocznym niezależnym czarnym koniem wyścigu (zawsze musi być jeden taki tytuł). W dodatku wyreżyserowała go kobieta koloru - Dee Rees. Jason Mitchell wcześniej zagrał w "Straight Out of Compton", a w tym roku w "Kongu: Wyspie czaszki". Nie wiem co gra w "Mudbound", ale w obrazku nominowanych siedzi jak pantofelek na nóżce Kopciuszka.

5. Woody Harrelson "The Glass Castle" 

Uginam się podpowiedziom innych blogerów i na ostatniej pozycji umieszczam Woody'ego Harrelsona, który w opowieści o ekscentrycznej rodzinie gra ojca alkoholika, który prowokuje swoje dzieci do nieprzestrzegania społecznych reguł. Ciekawe czy to będzie coś wielkiego, czy coś "jak zawsze"...
___________________________________________________________

Całkiem sporo zagranicznych kolegów zakłada, że swoją trzecią nominację zdobędzie Michael Shannon za rolę w "The Current War". Film opowiada o wyścigu Thomasa Edisona z Georgem Westinghousem nad wprowadzeniem żarówki do produkcji przemysłowej. To taki film, gdzie dużo znanych osób gra dużo znanych osób np. Edisona Cumberbatch, tego drugiego Shannon, a Nicholas Hoult Teslę. Moim zdaniem te filmy się nie udają (patrz: "Geniusz" z Firth'em i Law)...

Podobnie jak Idris Elba, o swoją drugą nominację w tym roku zawalczy Joaquin Phoenix. W filmie "Maria Magdalena" reżyserowanym przez twórcę "Lion:Droga do domu" tytułową rolę zagrała Rooney Mara, a w rolę człowieka z "Pasją" - Jezusa - wcielił się Phoenix. Do tej pory nie odnotowano nominacji do Oscara za tę rolę dla żadnego z jakiejś trzydziestki aktorów, którzy ją zagrali. Czy tym razem może być inaczej? Czy materiał porównawczy jest za mały czy może target zbyt starotestamentowy???

No i pozostał jeszcze Steve Carell za "Battle of the Sexes", o którym wyżej wspomniałem, że pojawić się może również w tej kategorii.



No dobrze, zażyłem rozrywki i pasji w dniu wolnym od pracy. Dochodzi południe. Podobno starsze osoby zmieniają się na powrót w dzieci. Mam wolne lecz nie myślę o  seksie, a o spaniu. Czy wkraczam w osławioną smugę cienia?????

sobota, 25 lutego 2017

BASTARDY 2017

Intro: BASTARDY 2017

Prowadzący: Nie mam dużo czasu na gadanie, bo sporo treści przed nami. Podsumowanie całego filmowego roku. Zwyczajowo ma to miejsce przed emisją nowego sezonu "House of Cards", jednak skoro w tym roku emisja nastąpi dopiero w maju, wypada rozliczyć się wcześniej. 

Regulamin:
1. Wybór nominowanych opiera się wyłącznie na moim guście i kondycji psychofizycznej. Jakiekolwiek względy dyplomatyczno-polityczne nie wchodzą w grę. Lobbing ze strony wielkich wytwórni filmowych nie ma miejsca.

2. Celem zestawienia jest:
a) zaspokojenie księgowych ciągot autora
b) zainspirowanie czytelników do obejrzenia kilku interesujących filmów

3. Wśród nominowanych nie wyłania się "zwycięzców". Podobnie jak w Oscarach najciekawsze są same nominacje.

4. Pod uwagę brane są filmy które w mijającym roku miały premierę światową, kinową lub telewizyjną. 

5. Nacisk kładziony jest głównie na filmy anglojęzyczne doceniane przez takie gremia jak: Academy of Motion Picture Art and Science, BAFTA, FILM INDEPENDENT, AACTA, IFTA, BIFA, GOTHAM, GOLDEN GLOBES, SATELITES i FILM INDEPENDENT.

Zatem po obejrzeniu stu trzydziestu sześciu filmowych premier roku 2016, posługując się starym powiedzeniem: "podoba mi się to, co mi się podoba", ogłaszam:

Main Part:

BEST PICTURE

Za nami dobry rocznik filmowy, dlatego tytułów aż dziesięć. Z Akademią zgadzam się w jednej trzeciej.



AMERICAN HONEY - nieoczywisty to dla mnie wybór, bo film Andrei Arnold obejrzałem z dystansem. Niestety z takim podstawowym - z poczuciem, że nie jest to film o mnie. Nie zmienia to faktu, że podziwiam wizję Ameryki Arnold, jako krainy gówna w kolorowym papierku, śmietnika posypanego brokatem, który może nie jest krajem dla starych ludzi, ale jest w stanie wykarmić zgraję bezpańskich kundli, które żywią się odpadkami. Kto wie, być może właśnie ta banalna, komercyjna, wulgarna w swojej powierzchowności Kraina jest Rajem dla wszystkich wyrzutków i buntowników, którzy nie chcą lub nie radzą sobie w głównym nurcie pseudo prawidłowego życia? Za znalezienie "love" w "hopeless place" i afirmację śmietnika należą się reżyserce ogromne oklaski. Za oprawę muzyczną, która stanie się kultowa, oklaski na stojąco.

ARRIVAL - mój ukochany film zeszłego roku. Metafizyczny wierszyk o rymach egzystencjalnych. O harmonii przeciwwagi na wadze życia. Albowiem nie byłoby cierpienia, gdyby miłość nie miała swojej siły napędowej. Nie byłoby głębokiej rozpaczy jedynie wtedy, kiedy strata byłaby miałka. Dzięki "Arrival" przypominam sobie, żeby otworzyć się na życie w każdym jego odcieniu, na swoje wzloty i upadki i zaakceptować je. Objąć i pokochać.

The CHILDHOOD OF A LEADER - nie umiem jasno i mądrze powiedzieć, co w tym filmie i z czego wynika, co znaczy i daje rezultat. Nie umiem. Ale sercem dziecinnym oglądałem zahipnotyzowany, a głową posiwiałą warsztatowi debiutanta klaskałem.

ELLE - laboratoryjne studium bohaterki. Ćwiczenie dla widza nad poszerzaniem pola wyobraźni w obrębie możliwych zachowań własnego gatunku.

JACKIE - jedyna znośna dla mnie forma filmu biograficznego czyli "fantazja na temat" jako punkt wyjścia do istotniejszej wypowiedzi. W wypadku "Jackie" teza - zwłaszcza w stosunku do gatunku, który reprezentuje -  jest wyjątkowo błyskotliwa i przewrotna - otóż liczy się tylko mit, a nie prawda. Prawda jest nieuchwytna, bo każda historia jest wybiórczym zestawem i interpretacją zdarzeń. Prawda jest niemożliwa i niepotrzebna. Potrzebny jest mit, on przetrwa i będzie karmił pokolenia tym dłużej, im mądrzej dobierzemy i opowiemy fakty.

JUSTE LA FIN DU MONDE - nadal pamiętam czasy, kiedy od pierwszych filmów Dolana wykręcało mi ryj ze znudzenia. Obecnie nawet jego słabszy film daje mi poczucie, że został zrobiony na moje osobiste zamówienie. 

LA LA LAND - jeszcze z miesiąc temu dałbym sobie rękę uciąć, że "La La Land" to oryginalne kino "środka" i nie sposób go nie polubić. Nie wiem czy to efekt rekordowej ilości nominacji do Oscara i pełnych zachwytu recenzji, ale obserwuję coraz większy wyrzyg na ten film. Może dopadł go efekt "Titanica", którego w pewnej chwili wypadało nie lubić? A może to efekt wewnętrznego nastawienia na "a teraz wow mam się zesrać z arcydzieła", a tak się nie dzieje? Nie wiem. Ale obejrzałem "La La Land" wcześnie i bardzo mi się podobał. A nie lubię musicali! Dlatego stawiam sprawę jasno: duet Gosling-Stone powinien zostać jedną z klasycznych par w dziejach kina, podobnie jak przewodnia piosenka "City of stars", którą z racji prostoty umiałem śpiewać w połowie filmu. A jeśli ktoś będzie chciał mi wmówić, że szczęśliwe życie i spełnione marzenia, ale niespełniona miłość to zwyczajny happy end, to mu nie uwierzę.

MOONLIGHT - "najprostsze gesty są czasem najbardziej niedostępnym bogactwem" rzekłby może Paulo C. i ktoś zaturlałby się ze śmiechu, a ktoś zrzygł. Barry Jenkins zgrabnie złote frazy ominął, a ja i tak poczułem to, co miałem poczuć.

SWISS ARMY MAN - absolutnie wpasowujący się w moje tegoroczne zestawienie tytuł. Elementy, które łączą "Swiss Army Man" z innymi filmami w zestawieniu to: gatunkowy eklektyzm, przewrotność fabuły, której próba streszczenia ma się nijak to treści dzieła, brak sceny podsumowującej i wyjaśniającej widzowi wszystkie zawiłości. Zapraszam na bezludną wyspę, na której towarzystwem dla rozbitka jest trup.

The WITCH - promocja filmu "The Witch" to żenujący przykład marketingowego naciągactwa - że niby film jest horrorem (mnie to akurat nie zachęcało do seansu) - oraz unikalny przykład właściwego użycia podtytułu - "Bajka ludowa z Nowej Anglii". A teraz prawie się powtórzę i napiszę, że "The Witch" nie przypomina niczego, co wcześniej widziałem, gatunkowe tropy szybko zostają porzucone, a my możemy rozkoszować się przypowieścią o narodzinach kobiecości rozegraną w planie symbolicznym.



DIRECTING

Zeszłorocznego popisu narodowej różnorodności nominowanych nie powtórzę - w zestawieniu aż dwóch Amerykanów. I choć szanuję pracę - nieaustralijskich - reżyserów nominowanych do Oscara, łatwo odgadnąć komu wręczyłbym statuetkę.


ANDREA ARNOLD "American Honey" - filmy Arnold mają swoje lepsze i gorsze momenty, dlatego że nie są oparte na "sprawdzonym przepisie". Mimo tych nierówności nigdy nie tracą swojego oryginalnego charakteru i wyrazistości.  "American Honey" jest tego najlepszym przykładem. 

BRADY CORBET "The Childhood of a Leader" - dobiegający trzydziestki, amerykański aktor-słodziaczek postanowił sam wyreżyserować film. Brzmi prawie jak katastrofa. Tymczasem chłoptaś "machnął" dzieło, o które podejrzewać mógłbym co najmniej wnuka Michaela Haneke i Andrzeja Żuławskiego. Największą gwiazdą "Childhood of a Leader" jest sam reżyser i nie mogę doczekać się jego kolejnego filmu.

ROBERT EGGERS "The Witch" - to wspaniałe, że prawie co roku pojawia się debiutant, który pokazuje formę, do jakiej daleko "miszczom".

PABLO LARRAÍN "Jackie" - gdyby przy tym filmie zabrakło reżyserskiej wizji i przemyślanego sposobu opowiadania, to Natalie Portman mogłaby wygrać konkurs na parodystę roku, a nie aktorkę.

DENIS VILLENEUVE "Arrival" - drugi rok z rzędu. Villeneuve należy już do grona moich ulubionych reżyserów. Nie potrzebuję nawet żeby robił jeszcze lepsze filmy, wystarczy, że utrzyma poziom. Zwłaszcza przy tegorocznej premierze...


BEST LEADING PERFORMANCE

Ledwo rok temu ustanowiłem zasadę, że aktorstwo będę dzielił tylko na dwie kategorie - pierwszo- i drugoplanowe - po dziesięciu nominowanych, bez podziału na płeć - a już rok później robię wyjątki... Zamykając zestawienie uświadomiłem sobie, że obecność Emmy Stone podyktowana jest tak naprawdę obecnością Ryana Goslinga i ich wspaniałej współpracy. A kiedy na papierze zestawiam rolę Stone z innymi (jak Jake Gyllenhaal w "Nocturnal Animals", Jesse Plemons w "Other People", Rod Paradot w "La tête haute" czy Ethan Hawke w "Born to be Blue") to wypada zawsze na jej niekorzyść. Z tej racji postanowiłem (mniejszymi literkami) wcisnąć ją do okienka przeznaczonego dla Ryana. A próba uzupełnienia dziesiątej nominacji zakończyła się wnioskiem, że nie będę zapychał kategorii rolą, która nie zawojowała mojego serca w pełni i że nominowanych pozostanie dziewięciu. Oto oni:


AMY ADAMS "Arrival" - przewidziałem rozczarowującą przyszłość wykasowując Amy z oscarowych nominacji, choć jestem pełen uznania dla jej roli. Emocjonalny ton, jaki musiała odnaleźć Adams, aby można było montować film w poprzek i wspak, aby móc dokonać żonglerki znaczeń, wydaje mi się piekielnie trudnym zadaniem. Pamiętam, że po wyjściu z kina chciałem jak najszybciej obejrzeć film raz jeszcze, żeby świadomie przeanalizować aktorskie wybory, jakich w poszczególnych scenach dokonała aktorka. I powiem wam, że Amy się nie wykłada. Fałszu nie ma.

CASEY AFFLECK "Manchester by the Sea" - tę rolę znamy, bo nagradza się ją przez cały sezon. Casey Affleck zapuścił się głęboko w dolinę rozpaczy, ale na egzaltację sobie nie pozwolił. Chciałbym, żeby dostał tego Oscara i właśnie to moje pragnienie zwiastuje mi inny werdykt Akademii...

JESSICA CHASTAIN "Miss Sloane" - Chastain to ciekawy przykład aktorki, która nie jest charyzmatyczna, a mimo to potrafi być rewelacyjna. W roli lobbystki próbującej zablokować ustawę o dostępie do posiadania broni nie bierze jeńców. Mogę mieć jedynie nadzieję, że kolejne omsknięcie się Chastain przy oscarowej nominacji zostanie rozliczone na jej korzyść w przyszłorocznym rozdaniu.
Ps. Ogromnie cieszył mnie fakt, że oglądam film, w którym kobieta korzysta z odpłatnych usług seksualnych świadczonych przez mężczyznę, ponieważ tak jest jej najwygodniej życiowo. Życzyłbym sobie jednak, żeby w przyszłości rola Eskorta nie musiała mieć tak istotnego fabularnie charakteru. 

MICHAEL FASSBENDER "Trespass Against Us" - tak, wiem, mogę mieć słabość do Fassa, ale... nie jest li on wspaniały w tej roli taty, co chciałby, żeby dzieci w życiu lepiej od niego miały?

RYAN GOSLING & EMMA STONE "La La Land" - Wiem, że z Ryana muszę się solidnie wytłumaczyć. Nie spotkałem się z zachwytem nad jego rolą. Potrafię to nawet zrozumieć - ani nie śpiewa jak Sinatra, ani nie sadzi monologów jak Denzel, więc nawet nie wiadomo kiedy mu klaskać. Sebastian - pianista, którego zagrał Gosling - jest narcystycznym i rozgoryczonym facetem, któremu już wiele razy zamknięto drzwi przed nosem. Siłą kreacji Ryana jest dla mnie subtelny ton, jaki uzyskał miksując wdzięk z powściągliwością i melancholią. Grając poniekąd cynika, zawsze potrafił odnaleźć się w lekkiej, musicalowej formie, a mimo to nie tracić charakteru postaci. Lacrimosa w kabarecie. To dużo trudniejsze zadanie niż to, które dostała Emma Stone, której wystarczyło być naturalną-sobą. I choć to Stone kosi wszystkie aktorskie laury dla "La La Land", wierzę, że nie doszłoby do tej sytuacji, gdyby nie miała u boku Ryana, który przez cały czas był tam dla niej i ogarniał dla niej boisko do gry. Gosling wykonał ogromna pracę, mam nadzieję, że w niedzielę Stone mu ładnie podziękuje.

ISABELLE HUPPERT "Elle" - Sporą część postaci można przypisać do określonych typów np. matka, kochanka, wojowniczka lub farmerka. Na tej podstawie często oceniamy wiarygodność aktorskiego wykonu. Huppert nie daje nam takiej szansy, ponieważ jej bohaterka wychodzi poza jakąkolwiek zdefiniowaną formę/archetyp postaci. Wszystkie zasady ustala genialna Isabelle. Jedyne co możemy, to uczyć się i podziwiać. 

VIGGO MORTENSEN "Captain Fantastic" - ojciec-kontestator wychowuje samotnie piątkę swoich dzieci w lesie, z dala od kultury konsumpcyjnej. Moment, w którym szlachetna ideologia zmienia się w opresję ciężko wyczuć, a jeszcze trudniej podjąć słuszną decyzję w kwestii sposobu dalszego wychowania potomstwa. Bezpretensjonalny sposób, w jaki Mortensen zmaga się z rozdzielaniem swoich życiowych przekonań od dobra swoich dzieci budzi moje największe uznanie.

CYNTHIA NIXON "A Quiet Passion" - buntowniczka w czasach kiedy nie istniał rock 'n' roll. Nixon zagrała najsłynniejszą amerykańską poetkę - żyjącą w XIX wieku, Emily Dickinson. Nie obchodzi mnie zupełnie czy trzymała filiżankę tą samą ręką, co Emily (niech ocenią ci, którzy pili z poetką herbatę), ale zachwyca sposób w jaki Nixon zbudowała swoją bohaterkę. Dickinson jest w tym filmie buntowniczką, która manifestuje swoje poglądy przez wycofanie. Krzyczy na świat ciszą. Oksymoron. I pewnie jakaś transgresja.

NATALIE PORTMAN "Jackie" - bez wątpienia najlepsza rola w karierze Portman. Aktorka tasuje miny i maski z krupierską zręcznością.

(informacja dla krytyka i psychoanalityka: Bastardowe preferencje w honorowaniu ról wyznaczają (samotni) prawie-ojcowie i samotne kobiety)

BEST SUPPORTING PERFORMANCE

Z całym szacunkiem do nagród Akademii, w tej kategorii nie zgodziliśmy się ani razu. Nie żebym nie szanował ich wyborów (pozdrawiam Michelle...)



EMORY COHEN "Detour" - ordynarny i agresywny bandzior-diler, a zarazem troskliwy i zastraszony chłopiec. Za takie miksowanie postaw kocham Michaela Fassbendera i cieszy mnie bardzo, że młodzi aktorzy zaczynają iść tą drogą.

RALPH FIENNES "A Bigger Splash" - uwielbiam filmy Guadagnino, bo dają mi rozkosz. Czegoś po drodze zawsze zabraknie, coś się nie sklei, ale rozkosz jest czysta. W "A Bigger Splash" dobry jest cały zespół aktorski, ale bezdyskusyjnie wybija się kabotyński, irytujący, hałaśliwy intrygant, którego zagrał Ralph Fiennes. Kolejny to raz, kiedy Fiennes udowodnił, że może zagrać wszystko.

BEN FOSTER "Hell or High Water" - Foster nie potrzebował dużej ilości linijek tekstu, żeby zbudować przejmujący portret poharatanego życiowymi doświadczeniami brata głównego bohatera. Chris Pine może jedynie marzyć, o tego typu umiejętnościach. 

JOHN GOODMAN "10 Cloverfield Lane" - fani kina zdają sobie sprawę, że prawdopodobnie nastanie kiedyś dzień, w którym John Goodman wpasuje się w grafik pracy Akademii i zgarnie wszystkie nagrody za rolę drugoplanową w sezonie, a kiedy odbierze Oscara za swoją pierwszą w karierze nominację, to cała sala wstanie. Zanim do tego dojdzie wyróżniam go kolejny raz. 

SIMON HELBERG "Florence Foster Jankins" - nie on miał być tego filmu gwiazdą, a w moim odczuciu wyszedł najbardziej obronną ręką. Pianista Florence jest jedyną postacią, która sugeruje mi, że w życiu liczą się inne sprawy jak kasa i prasa. 


SHIA LeBOUF "American Honey" - tradycyjnie w zestawieniu pojawia się nazwisko, którego obecności nigdy bym się nie spodziewał. Jake z "American Honey" składa się z samych przeciwności - jest sprytny, ale i głupi, wyrachowany i nieprzewidywalny, wojowniczy i uległy. I w każdej z tych postaw jest wiarygodny.


JULIANNE MOORE "Maggie’s Plan" - komediowa perełka. Moore ze śmiertelną powagą i absurdalnie nieprzystającym akcentem, zagrała duńską wykładowczynię uniwersytecką, intelektualistkę i feministkę, od której mąż odchodzi do neurotycznej trzydziestolatki.


DANIEL RADCLIFFE "Swiss Army Man" - w nazwie kategorii nie posługuję się polskim określeniem "rola drugoplanowa", ale angielskim "supporting", bo precyzuje ono istotę tych ról. Daniel Radcliffe w "Swiss Army Man" zagrał rekwizyt - ciało, trupa - który na wiele zaskakujących sposobów wykorzystuje główny bohater grany przez Paula Dano. Rola Radcliffe'a jest definicją wsparcia.


TREVANTE RHODES "Moonlight" - głównego bohatera "Moonlight" zagrało trzech aktorów. Każdy z nich milczał w inny sposób. Rhodes, który zagrał dorosłą wersję Chirona - milczał najbardziej przejmująco.


TILDA SWINTON "Dr Strange" - jedyna osoba na naszej planecie, która może wybierać role bez uwzględniania wieku, rasy, płci, a może i gatunku postaci w scenariuszu - w komiksowym oryginale, postać, którą zagrała Tilda była brodatym starcem rasy azjatyckiej. Bez większych problemów Swinton udowadnia również, że kreację aktorską można stworzyć niemal w każdym gatunku filmowym, a nie tylko w psychologicznie rozpisanych dramatach.


"I'll Follow U" Award

Dwie sprawy:
Pierwsza: zmieniam nazwę kategorii, w której zazwyczaj doceniałem początki obiecujących karier aktorskich. Kryterium wieku nie ma znaczenia. Ilość tytułów w filmografii również. "I'll Follow U" oznacza, że zaczynam śledzić karierę danej osoby i oglądać filmy z jej udziałem, ponieważ sugerują mi interesującą mnie jakość.

Druga sprawa: Riley Kough. Czuję potrzebę wytłumaczenia się z nieobecności elektryzującej Krystal z "American Honey". Metoda eliminacji ról drugoplanowych sprawiła, że obecną pierwotnie w zestawieniu, Kough postanowiłem przenieść do kategorii "I'll Follow U". Mimo dużego uznania dla jej roli, stwierdziłem jednak, że jej kariery wcale nie chcę jeszcze śledzić i finalnie wyciąłem ją. W tym roku jeszcze nie. 

"Tak" w tym roku powiedziałem następującym osobom:

EMORY COHEN

Niestety nie będę mógł już śledzić rozwoju kariery, przedwcześnie zmarłego Antona Yelchina, którego kilka lat temu umieściłem w tej kategorii. Być może tę pustkę wypełni Emory Cohen, który dwa lata temu czarująco uwodził Saoirse Ronan w "Brooklynie", a w zeszłym roku zagrał na równi brutalnego co czułego dilera w "Detour". Potencjał w kreowaniu niejednoznacznych postaci Cohen posiada ogromny. Mam nadzieję, że popisze się nim w tegorocznym "War Machine" Michôda.

KRISTEN STEWART


Sukcesem jest już samo dźwignięcie się z cienia-zaćmienia! Kristen w ostatnim czasie konsekwentnie wybiera oryginalne artystyczne projekty, w których realizuje swój skromny warsztat aktorski. Mój szacunek i zainteresowanie projektami Stewart budzi nie tyle chęć przekalibrowania (jak mawiał McConaughey) drogi kariery z chęci uznania, ile jej autentyczny głód osobistej, artystycznej ekspresji.

ROD PARADOT


Na moim niebie Gwiazd pojawił się kolejny zidentyfikowany obiekt. Francuz - wkrótce dwudziestojednoletni - otrzymał Cezara za swoją debiutancką rolę w "La tête haute". Nie wyobrażam sobie, że francuscy filmowcy nie wykorzystają tego talentu. Cały świat powinien się o niego bić. A już najbardziej Dolan.

TOM HOLLANDER


Rok temu o tej porze oglądałem mini serial "The Night Manager" i zastanawiałem się skąd znam "tego aktora"? Okazało się, że z kilkunastu innych filmów, w których był bardzo solidnym, ale jednak tłem. Odnoszę wrażenie, że temperamentny bohater, jakiego zagrał Hollander we wspomnianym serialu nie tylko wpisał aktora w moją pamięć, ale i jemu samemu dał napęd, który sprawia, że w obecnie emitowanym, średnim serialu "Taboo", jako jeden z nielicznych nie pozwala się zadeptać szarżującemu Tomowi Hardy'emu.  

"Somethin' Series" Award

Nowa kategoria. To się musiało wydarzyć "prędzej czy później", bo od lat wiadomo, że najlepsze kino nie zawsze w kinie, ale bardzo często w odcinkach.

Projekty odcinkowe śledzę rzadko, wybieram zazwyczaj pozycje, które nie przekraczają dziesięciu epizodów i - przynajmniej wyjściowo - nie sugerują kilkunastu sezonów. 

Moje największe zeszłoroczne uznanie zdobyły: 


Coś, co z założenia miało być pięcioodcinkowym thrillerem szpiegowskim, nieoczekiwanie przeistoczyło się w partię egzystencjalnych szachów, w której stawką jest miłosny algorytm. Kreacja Whishaw'a zapiera dech.



Trailery straszyły, że będzie to "takie House of Cards w Watykanie". Nadziei na ucieczkę od tego typu banału dodawało nazwisko reżysera - Sorrentino. Pierwszy odcinek był średni, ale rozumiałem, że musimy się zapoznać, żeby razem coś istotnego przeżyć. Od drugiego odcinka rozpocząłem piękną, intymną podróż w nieznane. Śmieszy to "nieznane" bo ta pełna śmiechu, płaczu, pychy i strachu podróż prowadziła przeze mnie i o mnie. W tym bogatym ogrodzie nie siedziałem sam. Byliśmy tam oboje z Katarzyną. Szczerzy, pogodzeni i spokojni.

ICON
Ikona ma być ikoną. Sumą. Wzorem do naśladowania. Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego nie przyznałem jej wcześniej Tildzie Swinton, to podpowiem, że w domyśle jest to nagroda jej imienia.

A w tym roku, po raz pierwszy nie przyznaję jej osobie tylko:


Amerykańska firma produkująca i dystrybuująca niezależne kino. To jedyny przypadek, w którym wchodzę na stronę internetową producenta/dystrybutora, żeby zapoznać się z tytułami, ponieważ ich logo jest dla mnie wystarczającą rekomendacją. Wtop nie będę wymieniał, bo zdarzają się wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy podejmują artystyczne ryzyko. Zachęcam do odwiedzenia strony A24 (tutaj) i wynotowaniu pozycji do obejrzenia. W moim tegorocznym zestawieniu najlepszych filmów znajdują się aż cztery ich tytuły.

Milczenie. (wiadomo, że ma być na końcu)
Podjudzano mnie, żebym stworzył swoją anty-listę filmów - takie Maliny lub zgniłe pierogi. 
Śpieszę donieść, że takowa lista... nigdy nie powstanie. 
To nie tak, że oczy mnie nie szczypią po niektórych seansach, a części aktorów nie chciałbym dojebać za ich egzaltowane, emocjonalne szpagaty. Oj nie. Ale żyjemy w świecie, w którym "bad publicity" to ciągle "publicity", wyszukiwarka Google nie wykrywa znaku zaprzeczenia przed danym hasłem i jakikolwiek bluzg pod adresem filmu będzie w istocie potencjalnym zaciekawieniem i reklamą. Ręki do tego nie przyłożę. Moją formą piętnowania jest nieklikanie. Milczenie niech zepchnie filmowy chłam w otchłań niepamięci.

Do zobaczenia za rok!
napisy. 
reklama.

niedziela, 15 stycznia 2017

OSCARY 2017 - End of the Game

Czas kończyć tegoroczną zabawę, inaczej nieładnie będzie rozpocząć kolejną edycję. Dzisiaj zamykam listę moich projekcji dotyczących nominacji za 2016 rok. Za 9 dni dowiemy się faktów. Jak co roku będę oczekiwał w nadziei, że Akademia zrobi nam niespodziankę i nominuje kogoś, kto naprawdę na tę nagrodę zasługuje...

Do rzeczy.

BEST PICTURE

Gwarantowana obecność:

1. La La Land 

O obecności "La La Land" nie ma co dyskutować. O wiele bardziej chciałbym wytłumaczyć, dlaczego moim zdaniem film dostanie Oscara dla najlepszego filmu. Przygotowałem nawet diagram-tabelkę!!!
Jeszcze dziesięć lat temu Oscara dla najlepszego filmu dostawał obraz, który głosujący wskazał jako zwycięzcę (załóżmy, że to film "X" i że zwycięstwo oznacza 10 pkt.). Od kilku lat Akademia zmieniła system głosowania w taki sposób, że należy utworzyć ranking nominowanych filmów i zlicza się punkty. Trochę jak na Eurowizji. Brzmi uczciwie, ale w praktyce oznacza to, że filmy bezkompromisowe, bardziej wymagające, które wywołują skrajne emocje (zachwyt albo odrzucenie) na tym systemie tracą (przypadek filmu "X"). Obronną ręką w tej metodzie głosowania, wychodzą filmy, które się po prostu lubi, którym nie można nic zarzucić (film "Z"). Gdybyście chcieli zobaczyć sytuację jeszcze jaśniej, proponuję podstawić tytuły zeszłorocznych oscarowych graczy: "X" - "Zjawa" z Leo, "Y" - "Mad Max", "Z" - "Spotlight" czyli laureat Oscara dla najlepszego filmu.


"La La Land" nie jest filmem wybitnym, ale trzeba się dziko uprzeć, żeby go nie polubić. To opowieść o dwojgu młodych ludzi, którzy chcą spełnić swoje marzenia. Balans emocji - nadziei, wzruszenia, goryczy i radości - jest doskonały. Chemia między Emmą Stone a Ryanem Goslingiem jest wybitna. Film zachowuje do tego idealne proporcje pomiędzy hołdem dla starego Hollywood a swoją oryginalnością. A do tego przewodnia piosenka - "City of stars" - jest tak chwytliwa, że można ją zanucić już w połowie seansu.
Kilka faktów z historii przyznawania Oscarów przemawia przeciwko "La La Land", ale jestem przekonany, że film prędzej zmieni historię, niż tego Oscara przegra.

2. Moonlight



Zdobywca Złotego Globu dla najlepszego dramatu to dobry film, z jeszcze lepszą promocją. Promocją tak dobrą, że Mahershala Ali dostanie Oscara za trwającą z 15 minut rolę, która jest "ok". "Moonlight" jest dość prostą biograficzną historią, ale opowiedzianą w subtelny i oryginalny sposób. Reżyser Barry Jenkins, podobnie jak muzycy na swoich debiutanckich albumach, parafrazuje tutaj całą swoją historię "do tej pory". Ciężko mi uwierzyć, że opowieść o czarnoskórym chłopcu, który szuka swojej tożsamości w przepełnionej przemocą i narkotykami dzielnicy, znajdzie tak szerokie grono odbiorców, żeby dostać Oscara dla najlepszego filmu. Ale na kolejny film Jenkinsa będę czekał z niecierpliwością.

3. Manchester by the Sea


Nominacja pewna. Oceniając szanse na zwycięstwo ulubionego tytułu krytyków musimy sobie zadać dwa pytania. Czy Akademia zagłosuje na film, który jest mocno przygnębiający? I przede wszystkim czy nagroda, która powstała po to, aby promować Hollywood, będzie miała zostać przyznana filmowi, który wyprodukował Amazon??? Hm...

4. Lion

No nie mogę się zmobilizować, żeby obejrzeć "Liona", ale nominację dostanie.

5. Hell or High Water



Kiedy siedziałem w kinie i oglądałem ten bardzo porządny film, zupełnie nie wierzyłem, że może się on spotkać z takim uznaniem Akademii. Tymczasem nie ma nominacji, której by nie dostał i jego obecność w czołówce jest dla mnie przesądzona.

6. Hacksaw Ridge



Film Mela Gibsona jest dla mnie zagadką. Zdobywa uznanie wszystkich gremiów i będzie nominowany w najważniejszych oscarowych kategoriach. Tymczasem wszyscy znajomi, którzy film widzieli, mówią, że to takie gówno, że aż oczy szczypią. A ja im na tyle wierzę, że nie przezwyciężyłem jeszcze swojej niechęci do wydania pieniędzy na coś, co może być tego nie warte...

7. Arrival

Nie wierzyłem, że mój ukochany tegoroczny film zajdzie tak wysoko, bo Akademia nigdy nie kumała s-f. Przynajmniej do tej pory. Będę głęboko zniesmaczony gdyby okazało się, że "Arrival" tej nominacji nie dostanie. 

8. Fences

Chciałbym zachować dyplomatyczny ton i czysto profesjonalnie poinformować, że film w reżyserii Denzela dostanie tę nominację.

A tymczasem nie znoszę takich filmów - ekranizacji przeciętnych sztuk teatralnych zrobionych tylko po to, żeby aktorzy dokonywali emocjonalnych arii i potrójnych tulupów ze smarków. Ale się umęczyłem...

W promocji czyli liczba nominowanych wynosi od 5 do 10:

9. Hidden Figures

Nie obejrzałem jeszcze "Hidden Figures", ale istnieją poważne przesłanki, że jeżeli liczba nominowanych przekroczy 8 tytułów, to film o paniach z plakatu pracujących a NASA w latach 60-tych i pewnie ratujących cały wszechświat, wejdzie do głównej kategorii.


10. Silence

Wśród nominowanych często zdarzają się niespodzianki - filmy, o których się mówiło, ale jednak nie przebiły się przez cały sezon pozostałych nagród - prekursorów Oscarów. Przykładem może być "Niesamowicie głośno, strasznie blisko", czy "Drzewo życia" Malicka. W momencie ogłoszenia nominacji okazywało się jednak, że filmy nadal są w grze. Podejrzewam, że tego typu niespodzianką może być nominacja dla "Silence" Martina Scorsese - filmu do tej pory wyraźnie pominiętemu, ale Martin to Martin i dużo łatwiej wyobrazić mi sobie taką nominację niż dla "Nocturnal Animals".


BEST DIRECTOR

W sumie po raz pierwszy w tym sezonie piszę o tej kategorii. Ku zadości-sprawiedliwości dołączę zdjęcia tych, których z założenia nie widać.

1. Damien Chazelle “La La Land”


Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że w tym roku pobity zostanie rekord i będziemy mieli najmłodszego laureata w historii tej kategorii (dowodem policzki i czoło).

2. Barry Jenkins “Moonlight”


Istnieje alternatywna możliwość, w której będziemy mieli pierwszego laureata Afro-Amerykanina.

3. Kenneth Lonergan “Manchester by the Sea”


Lonergan prawdopodobnie odbierze statuetkę za scenariusz. (naprawdę wybrałem najpogodniejsze zdjęcie!)

4. Denis Villeneueve “Arrival”


I znowu się powtórzę - nie wierzyłem, ale prawdopodobnie pierwszą nominację w karierze dostanie jeden z moich ulubionych w chwili obecnej reżyserów.

5. Denzel Washington “Fences”


O tę ostatnią nominację w kategorii będzie walczył Mel Gibson i Garth Davis i nie zdziwię się jeśli ją dostaną, ale jeszcze bardziej nie zdziwię się, jeśli Akademia jeszcze głośniej będzie chciała powiedzieć "Wow Denzel, oh Wow".


A teraz aktorzy. I żeby zadości-sprawiedliwości zadość się stała - tym razem dostaną tylko podsumowanie. I to bez żadnych zdjęć!

BEST ACTOR

Casey Affleck wybronił się i dostał wszystkie nagrody, które powinny mu zapewnić zwycięstwo w tej kategorii. Wszystko wskazuje na to, że Akademia doceni bardzo nieoczywistą i mało promowaną rolę Viggo Mortensena i będzie to miła niespodzianka. Niespodzianką nie powinna być za to nominacja dla Ryana Goslinga, z tą różnicą, że po obejrzeniu filmu uważam, że absolutnie na nią zasługuje.

1. Casey Affleck “Manchester by the Sea”
2. Denzel Washington “Fences”
3. Ryan Gosling “La La Land”
4. Andrew Garfield “Hacksaw Ridge”
5. Viggo Mortensen “Captain Fantastic”



BEST ACTRESS

Cechą Złotych Globów jest to, że znakomicie się sprawdzają jako "casting na Oscara". O ile uważam, ze Meryl w tym roku nie zasługuje na nominację, o tyle po jej przemówieniu na Złotych Globach, które cytował cały świat, jej obecność w zestawieniu jest przesądzona. Podobnie jak Emmy Stone i Natalie Portman - obie mają dużą szansę na zwycięstwo. Absolutnie prawdopodobna - i jakże radosna - jest nominacja dla Isabelle Huppert za "Elle", ponieważ od lat 80-tych nie zdarzyło się, aby laureatka Złotego Globu za rolę dramatyczną nie dostała nominacji do Oscara. Najtrudniejsza sprawa ma się z piątą nominowaną. Biorąc pod uwagę wcześniejsze nagrody w sezonie będzie to Amy Adams za "Arival", jednak od lat w momencie ogłoszenia nominacji okazuje się, że jedna lub dwie osoby, które były "pewniakami, bez szans na wygraną" są pominięte (Emma Thompson "Saving Mr Banks", Tom Hanks "Captain Phillips", Tilda Swinton "We need to talk about Kevin"). Wydaje mi się, że w tym roku to Adams może być tą osobą. I w nadziei, że się pomylę, napiszę, że Akademia całkowicie zignoruje film "Loving", a rzutem na taśmę nominuje Annette Bening, którą w swoich nominacjach pominęli zarówno Amerykańscy aktorzy (SAG) jak i Brytyjczycy (Bafta).

1. Emma Stone “La La Land”
2. Natalie Portman “Jackie”
3. Meryl Streep “Florence Foster Jenkins”

4. Isabelle Huppert “Elle”

5. ?

Amy Adams (Arrival)

Annette Bening “20th Century Women”
Ruth Negga “Loving”



BEST SUPPORTING ACTOR


Jedna z najbardziej przewidywalnych kategorii. Czterech panów raczej pewnych, na piątym miejscu obstawiam Hugh Granta (skoro nominują Streep to czemu nie mieliby i jego). Złoto pewnie weźmie Mahershala, ale nie będzie to wybitne zwycięstwo.

1. Mahershala Ali “Moonlight”
2. Jeff Bridges “Hell or High Water”
3. Lucas Hedges “Manchester by the Sea”
4. Dev Patel “Lion”

5. Hugh Grant “Florence Foster Jenkins”



BEST SUPPORTING ACTRESS

Kolejna prawie oczywista kategoria tyczy się drugoplanowych aktorek. Ewentualność taka, że Octavie Spencer zastąpi Greta Gerwig. A i tak Viola bierze złoto.

1. Viola Davis "Fences"
2. Michelle Williams "Manchester by the Sea"
3. Naomie Harris "Moonlight"
4. Nicole Kidman "Lion"
5. Octavia Spencer "Hidden Figures"

No chyba że…
Greta Gerwig (20th Century Women)


CINEMATOGRAPHY

O zdjęciach piszę po raz pierwszy więc nie mam jakichś pogłębionych refleksji (oto wybitna odpowiedź eksperta...), ale wiem, że operatorzy widzą filmy inaczej jak przeciętni widzowie i nominują tytuły oceniając rzemiosło, a nie "ładność". Dodam, że jeżeli Akademia jednak będzie chciała docenić Martina Scorsese, to zrobi to również tutaj:

1. La La Land (Linus Sandgren)
2. Moonlight (James Laxton)
3. Arrival (Bradford Young)
oraz
4. Nocturnal Animals (Seamus McGarvey)
5. Silence (Rodrigo Prieto)

albo: Hell or High Water (Giles Nuttgens), Lion (Grieg Fraser), Hacksaw Ridge (Simon Duggan), Jackie (Stephane Fontaine)...

EDITING

Montaż to ważna kategoria, bo od czasu gdy główna kategoria poszerzyła się od 5 do 10 tytułów, to Najlepszy Montaż odzwierciedla filmy, o których uważa się, że najbardziej liczą się w grze. Zazwyczaj są to jednak cztery tytuły rywalizujące o najważniejsze statuetki i jeden będący komercyjnym widowiskiem. Troszeczkę odbiegnę od tej zasady. Decyduję się na trzy oczywiste tytułu i dodaję do nich "Arrival", bo główną siłą tego filmu jest właśnie montaż. A z racji, że Amerykańscy Producenci zaliczyli w poczet najlepszych filmów roku komiksowe widowisko "Deadpool" z Ryanem Reynoldsem, obstawiam, że niespodzianką w tej kategorii będzie właśnie ten tytuł.

1. La La Land (Tom Cross)
2. Moonlight (Joi McMillon, Nat Sanders)
3. Manchester by the Sea (Jennifer Lame)

4. Arrival (Joe Walker)

5. Deadpool (Julian Clarke)

ale może: Hacksaw Ridge (John Gilbert), Silence (Thelma Schoonmaker), Lion (Alexandre de Francheschi)

A teraz niech się wydarza co ma się wydarzyć.

Osobom, które jeszcze nie widziały "Arrival" i nie nauczyły się języka heptapodów zdradzę pewien sekret (bo tak, jak Amy Adams wiem pewne rzeczy) - wszystkie nominowane w najważniejszych kategoriach filmy będzie można obejrzeć zanim nastąpi ceremonia.


piątek, 6 stycznia 2017

17 filmów na rok siedemnasty

Z racji ponadprzeciętnej inteligencji i chwiejnego narcyzmu (za bardzo schudłem) nie podjąłem żadnych noworocznych postanowień. Zwyczajnie szkoda mi energii na coś, co z założenia skazane jest na porażkę. Decyzję o oglądaniu mniejszej ilości filmów podjąłem jeszcze w listopadzie wstrętnego roku, w trakcie ostatniej rekordowej prostej. I choć nadal nie znalazłem niefilmowego erzacu (nie wiem czy poza Magdą Gessler ktoś może używać tego słowa), jestem przekonany, że sam do mnie przyjdzie, bo przecież świat za oknem jest tak wspaniały, że tylko garściami braść i jeść (czyli, że może to śnieg).

Tudzież niemniej natenczas, pewną swą tradycję przykontynuuję, i o tej garstce marnej, filmów na rok dzisiejszy, co im oczy swe poświęcę, powiem. A że tradycja mówi, że "który rok w kalendarzu, tyle filmów w rankingu", to o tytułach: Dunkierka, Suburbicon, Mudbound, Okja i How to talk to Girls at Parties, nie wspomnę. Choć chcę je zobaczyć, nie powiem nic i do właściwego rankingu bezpośrednio przejdę:

17. Des lunettes noires reż. Claire Denis
Wiadomość z przed kilku dni o tym, że francuska reżyserka ekranizuje "Fragmenty dyskursu miłosnego" Barthesa (jedną z najważniejszych książek, jaką w życiu czytałem) z Juliette Binoche i Gérardem Depardieu, sprawiła, że rzutem na taśmę do zestawienia wpisuję film, którego zdjęcia nawet się nie rozpoczęły.

16. Ghost in the Shell reż. Rupert Sanders
Ekranizacja kultowej animacji. Mega-hiper-tryliard-produkcja ze Scarlett Johansson, z premierą już w marcu. Jest trailer, jest kampania promocyjna. Wiadomo też, że Johansson nie jest Azjatką, tylko jest sławna. No trudno, film chcę zobaczyć i basta.



15. Suspiria reż. Luca Guadagnino

Remake kultowego horroru Dario Argento, który był dla mnie tak twardym rzykiem, że mało oko mi nie zgniło. Nic nie poradzę na to, że mój ukochany włoski reżyser ("Io sono l'amore", "A Bigger splash") i główna ambasadorka sztuki Ziemian w galaktyce - Tilda Swinton - wzięli na warsztat tę historię. Cokolwiek robi ten duet, muszę to zobaczyć. Fakt, że do współpracy zaprosili Małgosię Belę jest kolejnym intrygującym dodatkiem.

14. Wonderstruck reż. Todd Hayness


Hayness'owi przyznałbym prywatną nagrodę w kategorii "Muszę to zobaczyć!, teraz! - nie zrobiło mi to nic". Kto wie, być może tak będzie i tym razem. Ale jak tu nie czekać na film z Julienne Moore i Michelle Williams? Biorąc pod uwagę sukcesy aktorek w filmach Haynessa (Moore "Far from heaven", Blanchett "I'm not there", "Carol", Winslet "Mildred Pierce", Mara "Carol"), obie panie już dziś można uznać za silne kandydatki do Oscarów 2018.

13. Mary Magdalene reż. Garth Davis


Nie czytałem o czym to jest film, ale skoro ma tytuł "Maria Magdalena", to pewnie o dwóch przyjaciółkach. Domyślam się, że Joaquin Phoenix gra Marię - bo to też imię męskie - czyli to może film o przyjaciołach (?) - a Rooney Mara gra Magdalenę. Z tego, co widziałem na zdjęciach, przyjaciółki (przyjaciele) lubią chodzić na spacery i promować wyrafinowany uliczny look. W filmie będzie też pewnie coś o wspinaczce, bo na zdjęciach widziałem Joaquina na jakichś belkach jak krzyż czy coś. Jakie jest hobby Magdy, tego jeszcze nie rozgryzłem. Zapowiada się ciekawie.

12. War Machine reż. David Michôd


Tegoroczni "Sprzymierzeńcy" uświadomili nam, że filmów, które Brad Pitt kręcił w trakcie kryzysu małżeńskiego należy się bać. Zwyczajnie bać, jak ognia i pająków. Głęboko wierzę, że przy reżyserze takim jak Michôd ("Animal Kingdom", "Rover") Brad Pitt odzyska twarz (metaforycznie i dosłownie), którą dzielnie prezentował nam od kilku dekad. Aha, "War Machine" to satyra wojenna.

11. The Discovery reż. Charlie McDowell


Wspaniali aktorzy: Rooney Mara, Jason Segel, Jesse Plemons i Robert Redford, grają w filmie o miłości, którego akcja toczy się rok po naukowym udowodnieniu życia po śmierci. Nie wiem czy to fantasy czy s-f. Wiem, że premiera filmu jest za dwa tygodnie na Sundance.

10. The Beguiled reż. Sofia Coppola


Adaptacja powieści, która już w 1971 została zekranizowana, czyli trochę remake. Opowieść o rannym żołnierzu, który ukrywa się w prywatnej pensji dla dziewcząt. Film chcę obejrzeć dlatego, że bardzo cenię poprzednie współprace Sofii Coppoli i Kirsten Dunst. Kiedy dodam do tego duetu resztę obsady - Nicole Kidman, Elle Fanning i Colina Farrella - wychodzi przepis na smakowite danie. Zanim dowiemy się, czy Coppola wysmażyła suflet czy upiekła zakalec, na przystawkę polecam wspomniany film z 1971, w którym żołnierza gra guru konserwatywnych białych Amerykanów - Clint Eastwood.

09. Happy End reż. Michael Haneke


Michael Haneke, Isabelle Hupper, Jean-Louis Trintignant. Nie bawmy się w streszczenia. Must see. Pewnie między drinkiem a masażem w maju w Cannes.

08. A Ghost Story reż. David Lowery


Nie spotkałem nikogo, kto polubiłby pierwszy film Lowery'ego - "Ain't them bodies saints" - tak bardzo jak ja, więc pewnie i na ten obraz niewiele osób czeka. Mnie cieszy fakt, że reżyser powtarza obsadę - Casey Affleck i Rooney Mara - i że premiera filmu jest jeszcze w tym miesiącu na Sundance. I nic mnie więcej nie obchodzi, bo streszczenia fabuł naprawdę mam w... albo już dawno poza za nią.

07. Mute reż. Duncan Jones


Osiem lat temu Duncan Jones przepięknie zadebiutował filmem "Moon" - kosmicznym monodramem Sama Rockwella. W tym roku duet powraca z kolejną futurystyczną opowieścią, ale akcja nie toczy się już na Księżycu, ale w Berlinie za 40 lat.

06. You Were Never Really Here reż. Lynne Ramsay


Straumatyzowany weteran wojenny stara się uratować kobietę uwikłaną w biznes seks-turystyczny. Brzmi prawie jak popłuczyny po "Taksówkarzu", ale skoro robi to Lynne Ramsey ("Nazwij to snem"- arcydzieło, "Musimy porozmawiać o Kevinie"), a żołnierza gra Joaquin Phoenix, to wierzę, że może z tego wyjść pierwszorzędny film. Ba!, wierzę, że Joaquin powalczy o złotego ludzika z mieczem zasłoniętą gonadą.

05. Downsizing reż. Alexander Payne


W "Downsizing" upatruję najważniejszego przyszłorocznego oscarowego gracza. Reżyser "Nebraski", "Spadkobierców" i "Bezdroży", tym razem nakręcił satyrę społeczną, w której główny bohater postanawia być swoim własnym psychoterapeutą. Premiera w końcu grudnia. Możliwy odbiór Oscara przez Matta Damona za najlepszą rolę za trzynaście miesięcy.

04. Song to Song reż. Terrence Malick


Oczekiwanie na kolejny film Terrence'a Malicka ma już swoje zwyczajowe etapy: oczekiwanie na tytuł, oczekiwanie na rok premiery, oczekiwanie na kolejny tytuł, oczekiwanie na potwierdzenie roku premiery, oczekiwanie na finalny tytuł, nadzieja na potwierdzenie premiery w następnym roku...

W chwili obecnej, film, który rok temu chciałem obejrzeć jako "Weightless" ma od kilku dni tytuł "Song to song", a jego premiera zaplanowana jest na marzec. Pojawiło się oficjalne zdjęcie, więc przynajmniej wiadomo, że Rooney Mara, Michael Fassbender i Ryan Gosling nie zostaną wycięci w montażu.

03. Annihilation reż. Alex Garland


Historia filmu "ExMachina" jest historią prawdziwego, nie napompowanego milionową kampanią, sukcesu. Kameralny, futurystyczny dramat, który miał swoją premierę w styczniu, zyskał na tyle autentyczne uznanie widzów i krytyków na świecie, że mógł walczyć o Oscary prawie rok później. Myślę, że nikt również nie ma wątpliwości, że to na fali sukcesu po wspaniałej roli w "ExMachinie"  Alicii Vikander udało się zdobyć Oscara, choć za inną rolę.
W tym roku Alex Garland pokaże nam swój drugi film - ekranizację powieści, w której główna bohaterka - biolog - wyrusza na jakąś niebezpieczną wyprawę. Nawet osoba Natalie Portman grająca panią biolog nie jest mi potrzebna, aby chcieć zobaczyć ten film.

02. The Killing of a Sacred Deer reż. Yorgos Lanthimos


Po ostatnim filmie Greka - "The Lobster" - ciężko uwierzyć, że kolejne jego dzieło spełni pokładane w nim nadzieje. Dlatego godzę się, aby "Zabicie jelenia ofiarnego" jedynie zaspokoiło mój filmów Lanthimosa głód.
A zdjęcie australijskiej kobiety o imieniu Nicole, nie jest tak przypadkowe, jak się wydaje.

01. BLADE RUNNER 2049 reż. Denis Villeneuve


Pozostało mi dziesięć miesięcy na przygotowanie się i pogodzenie z porażką, którą powinien okazać się ten film. Bo przecież skoro wybitny reżyser (po tegorocznym "Arrival" nie nazwę go inaczej jak wybitny) realizuje zupełnie niepotrzebny sequel (sic!) arcydzieła, a w obsadzie mamy nie tylko Harrisona Forda, ale i Ryana Goslinga (również wybitnego aktora), to przecież to się nie może udać!!! Zwłaszcza gdy już sam piękny teaser wyostrza apetyt i dodaje nadziei! Wydaje mi się, że szansa na satysfakcję po obejrzeniu najbardziej oczekiwanego filmu roku jest porównywalna z szansą wygranej w totka. Szansę wygranej może podwyższyć jedynie lobotomia, która całkowicie wykasuje historię mózgu.


Reasumując całe zestawienie - jeśli powstanie kiedyś film s-f, w którym rozegra się dramat relacji Rooney Mary z Joaquinem Phoenix'em, to będę oglądał ten film w kółko na instant-ripicie.


Tak czy inaczej, miłego roku wszystkim czytelnikom. Pamiętajcie! Nie oglądajcie jakichkolwiek innych filmów, jak te, o których wspomniałem. Żadnych. Pamiętajcie - nie oglądajcie tych filmów zanim ja je obejrzę, czyli "zanim stały się sławne". I będzie git. Będziemy szczęśliwi na zawsze (aren't we already?).